Mel :
Nie wiem czy tym razem w nocy padało czy nie, na pewno jednak czułam sie jakbyśmy spali w dżungli ;) wokół hotelu był ogród, w którym mieszkało chyba pełno ptaków i owadów. Śniadanie zjedlismy na tarasie, świeże i soczyste owoce, omlet i kawa. Mniam! Snejkuś zamówił coś innego, wyglądało jak jajecznica na grzance ;) muszę pamiętać zeby nawet na śniadania zabierać aparat, gdyż na mangowcu były śliczne, zielone papugi ;) podgryzały mango wisząc głową w dół ;). Nie omieszkałam wiec wrócić do pokoju po aparat ;)) dzień bardzo słoneczny i gorący! Pierwszym etapem było zwiedzanie Mihintale - jest to miejsca związane z buddyzmem ( świątynne wzgórze - kolebka buddyzmu na Sri Lance) co oczywiście łączy sie z długim strojem i chodzeniem bez butów. Nie jest to łatwe bo kamienie są nagrzane a i piasek przyczepia sie do stop. Upolował nas jakis przewodnik i oprowadził po rożnych ważnych punktach ( drzewo pod którym medytowali mnisi, jaskinia w której medytiwali mnisi, ruiny i inne miejsca w którym medytowali mnisi ;) i inne ruiny wiec czuliśmy sie jak w Grecji ;)) ogólnie mega gorąco wiec chodzimy spoceni i mam wrażenie że śmiesznie wyglądamy dla tubylców ;) Snejkusia delikatne, białe stopki mogą robić wrażenie ;) chociaz ja nie jestem lepsza :)
Z innych rzeczy jeżeli jedzie sie jakaś mniejsza droga to wyglada ona jakby komuś z samochodu wypadło trochę asfaltu ;) droga jest na ogół bardzo wąska co nie przeszkadza im zeby namalować na żółto przejście dla pieszych i zrobić linie oddzielająca pasy ruchu drogowego ;P odległości które przekraczamy nie sa duze ale jedzie sie długo, nawet dobrymi drogami - średnia nasza prędkość to ok 50 km/h. Tak tutaj jeżdżą ze względu na duża ilośc pieszych, rowerzystów i tuk-tukow co jest dla nas dobre bo możemy podziwiać widoki i nagrywać filmy :)
Snejkuś zwrócił mi uwagę ze nadużywam wykrzykników :P chyba jestem podekscytowana wszystkim tutaj i jak opisuje to przeżywam to wszystko raz jeszcze ;)) Nishanta uczy nad podstawowych słów -masakra jakaś. Ja to słyszę tylko lalanala salanslanslana ;) Nishanta opowiadam nam ze gdzies złapano 7 metrowego węża wiec Snejkusia mam czym straszyć ;)) w busie włączył mam tez muzykę z teledyskami - śmieszne są jak z boollywood ;) Ok 2h jechaliśmy do Sigirija, zeby zobaczyć Lion Rock - pozostałości pałacu króla, który znajdował sie na szczycie płaskowyżu. Ze względu ze jest za gorąco wybraliśmy sie najpierw na wiejskie safaria a pózniej postój w naszym hotelu. Dwie noce będziemy w tym samym hotelu, który jest kompleksem małych domków a każdy domek to sypialnia i łazienka. Wokół jest zadbany ogród z huśtawką i hamakiem ;) bardzo miło i chyba jesteśmy jedynymi gośćmi ;) coraz bardziej podoba mi sie opcja jeżdżenia poza głównym sezonem! ( wieczorem dojechali inni goście) Pokoje z klimatyzacją to duża wygoda!
Co do safari to jechaliśmy bryczką, która ciągnęła wielka krowa ;) pózniej na lodeczce pływalismy po jeziorze. Kolejnym punktem programu było poznanie życia ludzi mieszkających na wsi, tak jak żyli jeszcze kilkanaście lat temu.. Bardzo miła pani pokazywała mam jak sie łuska ryż i inne takie rzeczy. Dostaliśmy na przekąski wodę z kolosa i samego kokosa tez a pózniej przygotowała dla nas placek z pasta zmielona z kokosa, chili, cebuli i przypraw - bardzo smaczne. Na lekki lunch wręcz idealne! Proste, tradycyjne jedzenie. W hotelu piwko i godzinka odpoczynku na tarasie, a ze było dobre Wi-Fi to każde z nas siedziało z komórka w ręku ;)) Po odpoczynku wybraliśmy sie w końcu zeby zobaczyć to co zostało z dawnego pałacu, do którego ówczesny król sprowadzał sobie " niebiańskie dziewice" ;) był wielkim wielbicielem kobiet, wybudował wiele basenów, fontann, jacuzzi itp i ze specjalnego miejsca obserwował niewiasty ;) wejście na tą górę nie było łatwe, wysokie stopnie schodów, a schodów setki ( cześć trasy jest bardzo strara, cześć metalowa) w jednym z miejsc oglądaliśmy malowidła przedstawiające te dziewice / Snejkus stwierdził ze głównym kryterium wyboruem był chyba duży biust, bo tak można domniemać po tym co widzieliśmy, nio i chyba każda musiała dobrze pływać ;-)) niestety pogoda sie juz popsula i na szczycie mocno wiało i zaczęło padać. Nie było wiec okazji zrobic dobrych zdjeć ;( zeszliśmy wiec na dół a to okazało sie równie trudne bo schody były śliskie ..
Zmęczeni wróciliśmy do hotelu, kupiliśmy po drodze owoce, których pewnie nie zjemy bo kolacja tez była duża ;) ja oczywiście rice & curry wegetariańskie - chociaz dzisiaj dostaliśmy nowe rzeczy wiec i nowe smaki ;-) pada teraz wiec siedzimy w pokoju ;-) ja mam czas zeby spokojnie napisać to wszystko, a Snejkus postanowił przeczytać cały internet ;) na jutro mamy sporo zaplanowane wiec trzeba zebrać siły :) wieczory mamy spokojne i leniwe, akurat w Sigirija nic nie ma, więc i nie mamy wyboru.
Powinnam tez w końcu napisać o Nishantcie - ma 38 lat a wyglada na góra 35, serdeczny, cierpliwy, pomocny i z dużym poczuciem humoru. Wart polecenia w 100%. Ma zeszyt z rekomendacjami od poprzednich klientów i ma same pozytywne opinie, z którymi w pełni sie zgadzamy ;) ma dwóch synów ( w ogóle jego ojciec miał samych braci, on ma samych braci a jego bracia maja tez tylko synów ;) ja czuje sie trochę zakłopotana tym ze nam noszą bagaże i nadskakują, oczywiście wszyscy spodziewają sie napiwków wiec gotówka szybko sie nam rozchodzi ;) na chwile obecna mam same pozytywne wrażenia, chociaz spodziewałam sie większej egzotyki :-) przyznam ze strasznie mylą mi się dni i mam wrażenie ze jesteśmy tu juz strasznie długo .. Różnicy czasu juz nie odczuwam, tutaj jest 19.50 wiec w Polsce po 16.00 ...
Dopisuje teraz ten fragment gdyż wieczór nam sie dzisiaj troszkę wydłużył dzięki Nishantcie i polskiej wodeczce ;) okazalo się, że jest on też wielkim fanem polskich kabanosów ;)) Kolejny dzień za nami ;)
Snejkus :
Kurde ale jestem leniem :>
obiecuje jutro te dwa dni nadrobie ;)
nadrabiam :)
Lokalni przewodnicy - to jest ciekawy temat. Sa cwani. Np ogladalismy z Mel ruiny Minithale (czy cos). Jest tam podejscie po schodach spore. Idziemy z Mel (Nishanta zostaje przy samochodzie) a tu za nami leci jakis lokalny koles. Jeszcze nie wiedzielismy co jest grane. Dogania nas i zaczyna ze jestesmy z Polski, z warszawy i ze on ma dziewczyne z polski (a moze mial) i ze byl kiedys w polsce i w niemczech. Taka niby gadka szmatka a tu potem pokazuje ze tedy nalezy isc i opowiada ze to taki tam kamien, a tu mnisi sie kapali a tu to a tu tamto. i wtedy zajarzylismy. To taki lokalny przewodnik samozwaniec. I oczywiscie trzeba bedzie zaplacic. Ok. W pewnym momencie on mowi ze dalej nie moze juz isc bo nie ma licencji i wyciaga reke po kase. Dajemy ustalone sobie miedy mna a Mel 500 rupii a ten ze 1000, ze ma chora matke itp itd. Jestesmy twardzi i zostaje przy 500. Zegnamy sie. Potem juz uwazamy zeby zaden sie nie przykleil co wymaga duze szybkosci chodzenia, kluczenia jak lisy zeby ich unikac i asertywnosci i stanowczosci w rozmowie.
Koles byl tez niezlym sciemniaczem. Dal mi 25 lat i ze mowie swietnie po angielsku (hahah).
Potem Nishanta mowi ze ten kolo go wypytal skad jestesmy, a w to ze byl w Polsce mozna raczej nie wierzyc. W moj wyglad na 25 lat i w dobry angielski pewnie tez :) Heh, a tak dobrze sie poczulem ;)
Dalej jest wieczor - jestesmy na Sigryi, schodzimy. Nishanta mowi ze on bedzie na innym parkingu niz ten startowy i zebysmy schodzac poszli inna droga. Troche sie gubimy z Mel. Pytamy sie jakiegos lokalsa a ten oczywiscie mowi gdzie ale juz startuje zeby isc za nami. Staramy sie podziekowac ale nie reaguje. Dochodzimy do miejsca gdzie juz wiedzielismy gdzie isc i stanowczo mowimy ze dalej pojdziemy sami. Dajemy 100 rupii a ten niemal z placzem w oczach ze 200. Zostaje na 100.
Ich taktyka to nie pytac sie czy potrzebujemy przewodnika a isc, potem ciezko juz nie zaplacic. Dodatkowo jesli dajesz kwote X, oni zawsze beda prosic o kwote 2 razy X. I podpierac rodzina, choroba itp. Momentami to irytujace jest. Choc powoli sie uczymy i staramy unikac. Ale mimo to i tak wiele 100ek rupii na to pojdzie jeszcze. Ogolnie kazdemu tu wypada dac symbolicznego 1$ czyli 100 rupii za jakakolwiek pomoc. Minium 1$.
Wieczor po kolacji spedzilismy na lezaczkach (krzeselkach) pod naszym domkiem. Przyszedl Nishanta i raczylismy sie gorzka zoladkowa, zubrowka i whisky miodowa. Troche nabralismy tegfo w malych buteleczkach 100kach zeby miec na wypadek choroby ;) Ale poki co zadnych atrakcji jelitowych nie bylo.
Siedzielismy we trojke tak do 22.00 czyli ze 2 godzinki. Gadalismy o polsce, sri lance , zwyczajach, zyciu itp itd. W miedzy czasie obserwowalismy jak nad naszymi glowami czają się na siebie żaba i całkiem spora jaszczurka krokodylowa. Czy jakos tak. Serio wygladala jak maly krokodyl. Nie moglismy dojsc kto kogo planuje zjesc - zaba jaszczurke cezy jaszczurka zabe. Troche sie poczaily na siebie ale skonczylo sie rozejmem. Co ciekawe Nishanta mowi ze ten rodzaj jaszczurki jest na wyginieciu tutaj i bardzo rzadki i ze pewne osobniki moga kosztowac kilkadziesiat tysiacey zlotych (podobno zlapali niedawno jakiegos oficiela ktory chcial wywiezc ich 6 za granice i warte byly prawie 200,000 zł. Ale zlapac nie latwo - sa mega szybkie - wiec nie probowalismy nawet ;)
co wiecej - najwiekszy problem dla mnie przy zwiedzaniu? W wiele miejsc mozna wejsc tylko na bosaka a kiemienie sa tak nagrzane od slonca ze po prostu nie da sie ustac na jednym dluzej niz pol sekundy. Wiec sie niemal skacze i biegnie. A lokalsom to nie przeszkadza. Sobie po prostu ida.. I nie widac po nich grama potu - biale koszule jak prosto z szafy. A po nas plynie pot litrami. I nas pokazuja palcami.
Ogolnie malo jest teraz obcokrajowcow (i dobrze) bo jest po sezonie wiec czasem jestesmy jedynymi bialymi w danym miejscu. I wzbudzamy atrakcje wsrod mlodszych lankijczykow ktorzy np przyjechali na wakacje z jakichs mniej turystyvcznych miejscowosci i pierwszy raz widzieli bialych :D
Wczoraj pisalem ze pelno tu psow, malp, jaszczurek. Teraz dodaje warany. Widzielismy ich juz duuuzo. I smieszna sytuacje jak dwa psy gonily warana. Udalo sie mu uciec, ale sytuacja wygladala smiesznie (smiesznie biega). Choc dla niego pewnie bylo malo zabawnie.
Na dzis dosc. Jestem juz na biezaco :)
nadrabiam :)
Lokalni przewodnicy - to jest ciekawy temat. Sa cwani. Np ogladalismy z Mel ruiny Minithale (czy cos). Jest tam podejscie po schodach spore. Idziemy z Mel (Nishanta zostaje przy samochodzie) a tu za nami leci jakis lokalny koles. Jeszcze nie wiedzielismy co jest grane. Dogania nas i zaczyna ze jestesmy z Polski, z warszawy i ze on ma dziewczyne z polski (a moze mial) i ze byl kiedys w polsce i w niemczech. Taka niby gadka szmatka a tu potem pokazuje ze tedy nalezy isc i opowiada ze to taki tam kamien, a tu mnisi sie kapali a tu to a tu tamto. i wtedy zajarzylismy. To taki lokalny przewodnik samozwaniec. I oczywiscie trzeba bedzie zaplacic. Ok. W pewnym momencie on mowi ze dalej nie moze juz isc bo nie ma licencji i wyciaga reke po kase. Dajemy ustalone sobie miedy mna a Mel 500 rupii a ten ze 1000, ze ma chora matke itp itd. Jestesmy twardzi i zostaje przy 500. Zegnamy sie. Potem juz uwazamy zeby zaden sie nie przykleil co wymaga duze szybkosci chodzenia, kluczenia jak lisy zeby ich unikac i asertywnosci i stanowczosci w rozmowie.
Koles byl tez niezlym sciemniaczem. Dal mi 25 lat i ze mowie swietnie po angielsku (hahah).
Potem Nishanta mowi ze ten kolo go wypytal skad jestesmy, a w to ze byl w Polsce mozna raczej nie wierzyc. W moj wyglad na 25 lat i w dobry angielski pewnie tez :) Heh, a tak dobrze sie poczulem ;)
Dalej jest wieczor - jestesmy na Sigryi, schodzimy. Nishanta mowi ze on bedzie na innym parkingu niz ten startowy i zebysmy schodzac poszli inna droga. Troche sie gubimy z Mel. Pytamy sie jakiegos lokalsa a ten oczywiscie mowi gdzie ale juz startuje zeby isc za nami. Staramy sie podziekowac ale nie reaguje. Dochodzimy do miejsca gdzie juz wiedzielismy gdzie isc i stanowczo mowimy ze dalej pojdziemy sami. Dajemy 100 rupii a ten niemal z placzem w oczach ze 200. Zostaje na 100.
Ich taktyka to nie pytac sie czy potrzebujemy przewodnika a isc, potem ciezko juz nie zaplacic. Dodatkowo jesli dajesz kwote X, oni zawsze beda prosic o kwote 2 razy X. I podpierac rodzina, choroba itp. Momentami to irytujace jest. Choc powoli sie uczymy i staramy unikac. Ale mimo to i tak wiele 100ek rupii na to pojdzie jeszcze. Ogolnie kazdemu tu wypada dac symbolicznego 1$ czyli 100 rupii za jakakolwiek pomoc. Minium 1$.
Wieczor po kolacji spedzilismy na lezaczkach (krzeselkach) pod naszym domkiem. Przyszedl Nishanta i raczylismy sie gorzka zoladkowa, zubrowka i whisky miodowa. Troche nabralismy tegfo w malych buteleczkach 100kach zeby miec na wypadek choroby ;) Ale poki co zadnych atrakcji jelitowych nie bylo.
Siedzielismy we trojke tak do 22.00 czyli ze 2 godzinki. Gadalismy o polsce, sri lance , zwyczajach, zyciu itp itd. W miedzy czasie obserwowalismy jak nad naszymi glowami czają się na siebie żaba i całkiem spora jaszczurka krokodylowa. Czy jakos tak. Serio wygladala jak maly krokodyl. Nie moglismy dojsc kto kogo planuje zjesc - zaba jaszczurke cezy jaszczurka zabe. Troche sie poczaily na siebie ale skonczylo sie rozejmem. Co ciekawe Nishanta mowi ze ten rodzaj jaszczurki jest na wyginieciu tutaj i bardzo rzadki i ze pewne osobniki moga kosztowac kilkadziesiat tysiacey zlotych (podobno zlapali niedawno jakiegos oficiela ktory chcial wywiezc ich 6 za granice i warte byly prawie 200,000 zł. Ale zlapac nie latwo - sa mega szybkie - wiec nie probowalismy nawet ;)
co wiecej - najwiekszy problem dla mnie przy zwiedzaniu? W wiele miejsc mozna wejsc tylko na bosaka a kiemienie sa tak nagrzane od slonca ze po prostu nie da sie ustac na jednym dluzej niz pol sekundy. Wiec sie niemal skacze i biegnie. A lokalsom to nie przeszkadza. Sobie po prostu ida.. I nie widac po nich grama potu - biale koszule jak prosto z szafy. A po nas plynie pot litrami. I nas pokazuja palcami.
Ogolnie malo jest teraz obcokrajowcow (i dobrze) bo jest po sezonie wiec czasem jestesmy jedynymi bialymi w danym miejscu. I wzbudzamy atrakcje wsrod mlodszych lankijczykow ktorzy np przyjechali na wakacje z jakichs mniej turystyvcznych miejscowosci i pierwszy raz widzieli bialych :D
Wczoraj pisalem ze pelno tu psow, malp, jaszczurek. Teraz dodaje warany. Widzielismy ich juz duuuzo. I smieszna sytuacje jak dwa psy gonily warana. Udalo sie mu uciec, ale sytuacja wygladala smiesznie (smiesznie biega). Choc dla niego pewnie bylo malo zabawnie.
Na dzis dosc. Jestem juz na biezaco :)
Trochę zazdrościmy Wam tego wyjazdu . super ze opisujecie każdy dzień. Wrzuccie więcej fotek:-).
OdpowiedzUsuńz fotkami jest czesto problem bo net czasem dziala ok, czasem wolno jak slonik. jesli dzis wieczorem bedzie ok to postaramy sie dograc fotki w wiekszej ilosci (Snejkus)
OdpowiedzUsuńKochani! Super, że wpadliście na pomysł z blogiem... lektura całkiem przyjemna ;) Oczyma wyobraźni jestem z Wami :) Bawicie się dobrze, więc oby tak dalej! I tak, czekamy na zdjęcia.
OdpowiedzUsuńP.S. Do Snejka: ten cwany gość miał rację w sprawie wieku - 25 - nie więcej, za to Kasia po tej papai będzie miała z 18! ;)