czwartek, 1 maja 2014

Sri Lanka dzien 3 - pinnawale i anduradhapura

MEL :

Pierwszy dzień z zorganizowanym planem zwiedzania więc pobudka po 7.00 zeby na 8.30 byc spakowanym, ogarniętym i po śniadaniu ;) na śniadanie zamówiliśmy omlet, dostaliśmy tez owoc - papaya ;) mi nawet smakowało ( bo w końcu z rodziny melonowatych) Snejkuś stwierdził ze najgorszy owoc ever i ze to moja "czarna owca" w rodzinie! Wypiłam tez czarną jak noc kawę- bardzo smaczna! Ogólnie nie trzeba zjeść duzo by czuć się mocno najedzonym.  Nishanta przyjechał po nas punktualnie więc szybko zapakował nam bagaż i ruszyliśmy w drogę! Pierwszy przystanek jeszcze w Negombo na targu rybnym! O zapachach pisać nie bede bo można sie domyślić ;-) ale ryby, owoce morza - do wyboru do koloru ;-) następnie ruszyliśmy do Pinnawala zobaczyć słonie. 

Po drodze Nishanta cierpliwie odpowiadał na nasze pytania - nawet głupie i zabawiał opowieściami z poprzednich wycieczek z Polakami! Np został nauczony, ze jak mu ktoś poproponuje "napij sie z nami" to nie można omówić gdyż .. "Jutro bedzie futro" ;-) strasznie go to śmieszyło ;) mieliśmy tez okazje spróbować rożnego rodzaju bananów - wszystkie smaczne i cieżko zdecydować który najlepszy ;) oczywiście kupowane przy drodze kosztowały nas ok 1,5 zł za 8-10 szt nie pamietam dokładnie ile bo szybko zjedlismy ;)) w Pinnawala w końcu nie zdecydowaliśmy sie oglądać słoni bo Nishanta poszedł dowiedzieć sie wcześniej czy bedą zaganiane do rzeki ( a to jest najwieksza atrakcja tego miejsca) popatrzeć na słonie możemy tez w warszawskim zoo, tym bardziej ze jutro w innym miejscu mamy zaplanowane pojeździć na słoniach ;)   

Mieliśmy tez okazje zobaczyć kobre i boa - Snejk nawet dzielnie sie trzymał i ma zdjęcia jak stoi całkiem blisko ;) ja mam zdjęcie z wężem na ramionach - a co?!? ;-) następnym przystankiem była Anuradhapura - dawna stolica Sri Lanki! Zatrzymaliśmy się tez na rice & curry w przydrożnym lokalu i mieliśmy okazje jeść dłońmi - wygladalismy przy tym śmiesznie i ogólnie jesteśmy atrakcja dla tubylców ;) jedzenie jedno smaczniejsze od drugiego. Po każdym posiłku Snejkuś zmusza mnie do wypicia lekarstwa - Gorzkiej żołądkowej i mówi " nie zaszkodzi a może pomoc" wiec dawkuje po łyczku ;) w Anuradhapura zwiedzaliśny zabytki, muzeum, miejsca święte dla wyznawców Buddy i inne takie rożne.. W pewnym miejscach należy chodzić bez butów co okazało sie nie lada wyzwaniem dla naszych stóp ;)) zostaliśmy zakwaterowani w bardzo fajnym hotelu, z basenem oczywiście! Gości niewielu więc skaczą przy nas ;-) Dostaliśmy sok z jakiegoś owocu na powitanie - słodki i smaczny! Pokój przyjemny, bardziej europejski standard więc nawet Kasia- Kanarek byłaby zadowolona! ;-P kolacja - pycha! Duze piwko tez smakuje po całym dniu!

Z innych wrażeń - wszędzie pełno psów! Biedne takie chude, i leniwie leżą przy drogach ale na szczęście nie są agresywne i raczej nawet nie podchodzą do człowieka.. Widzialam kilka szczeniaków- bidulki straszne mizerne! Widzieliśmy tez trochę małp brykających na drzewach, dwa małe warany - podobno nie sa groźne oraz nietoperze - te sa wielkie. Ogólnie duzo małych jaszczurek grasuje nawet na tarasach, ale to bardzo dobrze bo jedzą owady :-) komarów mało, Nishanta potwierdzał że nie maja problemu z malarią. Pogoda w dzień gorąco i słonecznie, chociaz podczas drogi chwilami padało, ulewnie ale przez kilkanaście sekund. Popołudniami juz pochmurnie i burzowo co nie zmienia faktu ze nadal gorąco .. Nishanta mówił ze dwa tygodnie temu było bardzo, bardzo gorąco i wszyscy narzekali ze brakuje deszczu, teraz leje nocami ;-) Nawet nie chce wiedziec jak może byc tutaj gorąco w innych miesiącach roku, póki co słońca unikam bo naprawdę szybko można sie zaczerwienić ( Snejkuś przekonał sie o tym ;) wieczór leniwie, przeglądamy przewodniki i czytamy o tym, co zobaczymy jutro! Dzień trzeci za nami.

Snejk

Eee. Potem co dopisze. musze wpierw odpoczsc i zatamowac strumiem potu plynacy ze mnie. 10 rano a tu zdrowo powyzej 30 stooni w cieniu.

Dobra. Czas napisac cos jednak bo wszystko wyleci mi z glowy. Tak jak poprzednio - Mel opisala co sie dzialo a ja dodam kilka swoich uwag.

Slynna papaja - nie wiem. Jadlem wiele owocow w zyciu, byly lepsze i gorsze.. Ale te jest po prostu obrzydliwe. Smakuje jak kilkudniowa znoszona wilgotna skarpeta. Konsystencja i smak. Meluni to smakuje, mnie tu juz znaja i podaja zawsze arbuza lub sok z arbuza. Mel dostaje nadal papaje. Ja papaji nie zjem juz nigdy w zyciu.

Targ rybny - uwielbiam owoce morza a takiej ilosci krewetek malych i duzych w zyciu nie widzialem. Jadlbym codziennie. Ogolnie Negombo slynie z najlepszych owocow morza na wyspie. I tak tez smakowaly. Szkoda ze juz tam nie bedziemy. Ale na poludniu tez podobno sa ok.

Kobra i pyton (Mel napisala boa, ale to chyba byl pyton). Nawet odwazylem sie zblizyc i przez chwile emyslalem ze wezme weza na szyje ale jak go dotknalem .... odpuscilem.. Nie bylo szans. Zawsze myslalem ze weze sa takie miekkie i lekko wilgotne, a ten byl suchy, twardy i bardzo hm... miesisty.. Obrzydliwe. Ale i tak jestem z siebie dumny. A z Mel to juz wogole :D Choc troche piszczala.

Drugi hotel i znow basen i calkiem fajnie. Myslelismy ze beda to wszystko jakies tanie hotele lub hostele a tu naprawde wysokiej klasy hotele nam sie trafiaja wiec jestesmy zdecydowanie zadowoleni. Zawsze jakis welcome drink owocowy, noszenie bagazy (oczywiscie nie za darmo ;), skacza wokol nas.. Jest ok :)

Jedzenie - coraz pyszniejsze. Moze wrzuce potem fotki tradycyjnego rice and curry. Sklada sie na nie duuuza kopa ryzu i z 5-8 talerzykow z roznymi rodzajami curry warzynwego lub z miesem. Kazde inne ale kazde pyszne. Czasem zupelnie iespodziweane ja surowy smazony banan (niedojrzaly), kwiaty banana, okra (what the fuck is that) i wiele innych. Pyszne. A do tego nasza proba jedzeina palcami. Oni tak tu jedza i wierze ze poznaje sie dodatkowy smak wtedy. Ok da sie tak jesc curry choc czlowiek strasznie sie packa i o ile nabrac to palcami jest ok to ciezko wlozyc do ust bez ubrudzenia sie. Lokalsi mieli z nas ubaw straszny. Ale dalismy rade. Choc potem wrocilismy do jedzenia sztuccami. Zreszta w restauracjach bialym tylko tak podaja. Palcami jedlismy w taniej knajpie przy drodze gdzie pewnie nigdy nikt bialy nawet nie zajrzal (nie zachecala prezentacja, ale Nishanta polecal).

Poki co mocno sie nie opalilismy. Zwiedzamy glownie rano i wieczorem, w ciagu dnia albo w klimatyzowanym samochodziec albo  hotelu. Opalimy sie w ostatnie dni kiedy bedziemy tylko lezec na plazy w Mirissie na poludniu. Podobno sa tam piekne plaze i blekitna woda. Jak z filmu "Blekinta Laguna", Czy jakos tak.

Wszedzie pelno tu psow.. ale i malp. sa wszedzie podczas zwiedzania. Nie boja sie ludzi, a jesli dasz jedzenie to juz nie chca sie odczepic. I kradna wszystko co sie zostawi. Dlatego jak chodzimy po swiatyniach na bosaka to Nishanta zostaje pilnowac naszych butow.  Pelno tez jaszczurek. Albo jaszczurek - krokodyli - o tym w kolejne relacji.

Hmm. Na Dzis chyba tyle. Za kilka godzin nadrobie kolejna relacje (mam nadzieje) i potem postaram sie byc juz na biezaco.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz