Dzisiejszy dzień rozpoczelsmy wciąż w Sigirija, mogliśmy tez pospać trochę dłużej ;) śniadania to jajka w rożnej postaci, mi bardzo smakuje omlet wiec takie tez było moje zamowienie, Snejkuś jajko sadzone i spalaszowal dwa naleśniki. Niestety okazało sie ze klucz do samochodu pękł wiec powstał problem ;( Nishanta zorganizował nam transport do miejsca w którym wykupiliśmy sobie jeżdżenie na słoniu. Zrobiłam sie mocno wrażliwa i emocjonalna na punkcie zwierząt i przyznam ze strasznie mi żal tych słoni. Wyglądają na takie smutne w tych łańcuchach (chociaz tylko ja mam takie wrażenie pewnie ;) ;( nasz miał 25 lat, nazywał sie Katandu lub jakos tak. Mieliśmy okazje obserwować jak go "siodlają" nie wiem nawet jak to nazwać ;)) zeby usiąść na słoniu trzeba wejść po drabinie na taka platformę przy której ten słoń zawsze stoi. Przyznam ze dość wysoko jest, a nie był to największy ze słoni który widzieliśmy. Jeden z opiekunów robi zdjęcia, drugi go prowadzi o wydaje komendy. Ogólnie idzie wolno ;) dla mnie nie było to mega frajda bo jak wspomniałam żal mi tych słoni ;) do hotelu wracaliśmy tuk-tukiem.
Najfajniejsze jest karmienie słonia, ma wielką paszcze, i wciąga banany jak odkurzacz ;)
Niestety problem z dorobieniem kluczy okazał sie poważny wiec mamy dłuższy postój w hotelu .. Nishanta robi co może i skoczyło sie tym ze z Negombo jedzie do nas jego brat z zapasowych kluczem do samochodu, wiec na dzisiaj załatwia nam innego kierowcę ... Szkoda trochę tego czasu nam, nio ale " nic nie planuj" ;) mogliśmy poleniuchować trochę ;) z miłym, wąsatym kierowca i Nishanta ruszyliśmy do dawnego królewskiego miasta Polonnaruwa - dzisiaj oczywiście w ruinie ;P oczywiście w długiej sukience, i bez butów w większości miejsc ;) dzięki dzisiejszymu opóźnienie pierwszy raz nie upocilismy sie tak mocno przy zwiedzaniu .. Oczywiście niebo juz zachmurzone wiec wieczorny deszcz był oczywisty. Wracaliśmy jak juz było ciemno co tez było nowością dla nas. Zajechaliśmy na stacje benzynową i to było dopiero wyzwanie, tankowanie nie wyglada jak w Polsce bo tam zrobił sie nagle jeden wielki kocioł, obok wciskał sie wielki autobus, drogę zajechał nam tuk-tuk a za nami trąbiły juz kolejne auta ;) lekko zmęczeni wróciliśmy do hotelu na szybka kolacje - ja pieczony kurczak z frytkami, Snejkuś kurczak w jakimś sosie i ryż - nie najlepsze co tutaj jedliśmy jedliśmy ale i w końcu odmiana od ryżu z curry ;)) mamy teraz posiadówke z Nishanta przy Whisky, czekamy na jego brata i kluczyki do samochodu ;)) przyznam ze po wczoraj mam zakwasy a czeka nas jeszcze większa wspinaczka ;)
Wracając z Polonnaruwa widzieliśmy z daleka dzikie słonie (niestety zdjęcie tylko z samochodu i mam słaby obiektyw)
Snejkuś nauczył Nishante "Rucha mucha karalucha" ... Bez komentarza!!!
hahaha, nigdy nie słyszeliśmy, żeby tak mówił!
OdpowiedzUsuńCzekamy na zdjęcia!!!
Pozdrawiamy,
Sancia Pankoś i Pawcio!
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń