niedziela, 31 stycznia 2016

Bangkok - sobota i niedziela

Dzień kolejny - sobota i opis niedzieli bo leniwa ;-)

Tym razem wstaliśmy wcześniej, słowo! :-) Ok 9.30 wyszliśmy juz z hostelu ;D pierwszym punktem na naszej sobotniej trasie był targ Thaling Chan, na którym można kupic/zjeść świeże owoce morza, ryby itp garkuchnie znajdują się na łódkach. Jak juz pisałam preferuje śniadania w nieco innym stylu więc zjadłam tylko Phat tai, a Słodziak obgryzał różnego rodzaju skorupki ;-) Zlapalismy taksówkę  ( i tutaj dygresja - taksówki, w których kierowcy zgadzają sie włączyć licznik są naprawdę bardzo tanie, za przejechanie ok 10 km wyszło 12 zł .. Nasze wygodnictwo i branie tuk tukow to jednak niepotrzebne wydawanie pieniędzy) złapaliśmy taksówkę i wybraliśmy sie na kolejny targ, tym razem zakupowy Chatuchak .. Nio i muszę przyznać, że tym razem ja poszalałam a Słodziak pokrzepial sie zimnym changiem ;-) wg przewodnika targowisko zajmuje 14 ha i ma ponad 8000 stoisk! faktycznie mozna sie nachodzić ... Z tego co czytaliśmy to żadna proponowana przez sprzedawcę cena nie jest okazyjna i turyści mocno przepalacają (chociaż wcale tak o tym nie myślę bo kupiłam np koszulkę za 10 zł ;-) upał, tłok spowodowały ze i ja nie dałam rady zbyt długo tam wytrzymać... Za radą taksówkarza ( ktory nas wiózł na ten targ) jako powrotny środek lokomocji wybraliśmy sky train (BTS, czyli kolejka naziemna) naszym przystankiem był plac Siam i ocean world ( ocean world znajduje sie w podziemiach centrum handlowego) jeśli kiedykolwiek do tej pory wydawało mi się, ze np w Arkadii były tłumy podczas wyprzedaży to zmieniam zdanie - Arkadia święciła pustkami w porównaniu z tym co sie działo na placu siam... Ludzi od zaje....nia i jeszcze trochę .. Skuszeni klimatyzacja postanowilismy zjeść cos w koreańskiej restauracji.. Nie wiem po co zamówiłam wieprzowine bo kazdy kawelek mięsa był z kawałkiem tłuszczu ;-( wyjadlam wrzywa i ryż, Snejk wciągnął resztę ;-) chcieliśmy wrócić Taxi, ale były straszne korki a do taksówek kolejka. Pieszo kierowaliśmy sie do hostelu aż jakiś tuk tuk podjechal i za 10 zł wróciliśmy do pokoju ... Kolacje jedliśmy w polecanej wegansko wegetariańskiej knajpie ( okazało sie ze jest 10 metrów od hostelu ;-) ja jestem nią zachwycona, zarówno jedzeniem jak i klimatem .. Siedzi sie na matach przy niskich stolikach, miła dla ucha, nienachalna muzyka. Ceny trochę wyższe bo np za smażony ryż z wyrzywami i ananasem 16 zł ale porcje były tez większe niz w innych miejscach ... Jednym daniem mozna było sie najeść i jeszcze zostało ;-) Słodziak wziął zupę ale jemu średnio pasowało .. Pózniej spacer i piwko na Khao San. cały ten tłum, muzyka (bary obok siebie i kazdy swoją muzykę włącza) i uliczni sprzedawcy potrafią zmęczyć i chyba tylko pod wpływem % odbiór jest lepszy ;-) a ja jeszcze staram sie nie pic zimnych drinków i moze tylko zazdrość przeze mnie przemawia ;-)

Niedziela
I tu mieliśmy problem jak sie zorganizować bo w samym Bangkoku juz nas nic za bardzo nie interesowało zeby konieczie zobaczyć ( przy tyg temperaturach nie ma tez sie ochoty zwycznie spacerować) a z wyjazdową wycieczka to byłoby ryzyko zeby później w odpowiedniej godzinie dojechać na lotnisko.. Dzien leniwy, jedliśmy w vega knajpie i drzemalismy ;-) pózniej na lotnisko, krótki lot Air Asia i jesteśmy w Phuket ;-) wzięliśmy transfer z lotniska do hostelu za 70 zł (ponad 30 km) pokój super jak za 80 zł za nocleg za dwie osoby! Nie ma okien - to minus, ale jest tv (oglądamy siccario, na którym w Polsce byliśmy w kinie zaledwie kilka m-cy temu) . o 11.00 mamy prom na wyspę a tam juz tylko plazing, smażing i lezing ;-)

Robię listę warto / nie warto, umieszcze pewnie pod koniec pobytu bo są rzeczy, z którymi inaczej byśmy sie pewnie zorganizowali- patrząc juz z perspektywy. Nio ale to pierwszy taki wyjazd, na kolejne bedziemy bogatsi o doświadczenia z tego ;-)










































piątek, 29 stycznia 2016

Bangkok - piątek

Dzień kolejny - to juz piątek!

Dzisiaj wstaliśmy wyjątkowo wcześnie... Żart! Jak zwykle dopiero ok 10:00 udało nam się zebrać. Obok hostelu mamy fajną knajpkę, zawsze jest sporo osob ( wcale mnie to nie dziwi bo jest duży wybór dań a jedzenie jest też tanie i bardzo smaczne) mój eurpejskowiejski żołądek jako pierwszy posiłek preferuje klasykę - zamówiłam kanapkę, a Słodziak jakąś zupę curry z ryżem i krewetkami. Dzisiejszy plan to wycieczka pomarańczowym promem (kolory oznaczają rodzaj linii, ilośc "stopów") nasz prom miał 30 stopów, wsiadalismy na 8 i płynelismy do 30go i pózniej powrót do 8. Cała przyjemność kosztowała nas 5,60 zł ;-) przed wejściem na prom odwiedziismy stragany z jedzeniem, Snejk żadnej wyżerki nie przepuści! Tuk tukiem, bo na spacer było dla nas za gorąco wybraliśmy sie do świątyni Złotego Buddy. Wg przewodnika jego wartość to pół miliarda ale na str internetowych są inne informacje dotyczące wartości posągu. Niestety nie dało sie go obskrobać nawet na waciki ;-) w ramach dodatkowych atrakcji wybraliśmy się do szpitala ;-) w filmie kac vegas byli w szpitali wiec i my chcieliśmy mieć "check in" w takim miejscu .. A tak na poważnie to zanim pojedziemy na wyspę phi phi chciałam zeby sprawdzili mi profilaktycznie gardło czy nie rozwija sie żadna infekcja bo nadal mam zmieniony głos i chwilami kasłałam. Codzienne zimne napoje z lodem, klimatyzacja na pewno nie pomagają żeby chrypka minęła ;-) Szpital pusty, obsługa bardzo miła i sprawna. Chyba w standardzie maja tez sprawdzanie ciśnienia ...i postawili mnie na wagę! LoL + 2 kg więcej odkąd tu jesteśmy ;D pysznie! Lekarz mnie osłuchal i zajrzał w gardło, jest lekko zaczerwienione i tyle! Dostałam jakiś spray żeby psiukać 3x dziennie i tabl na kaszel i cała przyjemność 190 zł. Mamy wykupione ubezpieczenie więc mam nadzieje ze w Polsce bede miała zwrot kosztów. Jest po 22 a temperatura 32 stopnie, Snejkuś pije zimne piwko a ja wodę w temperaturze pokojowej ;-( Nio i nie włączamy klimy! Nio ale profilaktyczna wizyta dla spokoju ogarnięta, Łukasz to pewnie nawet zadowolony że mam oszczędzać gardło i mu nie gderam nad uchem! Najważniejsze, że możemy spokojnie planować kolejne dni! Ze szpitala pieszo wracaliśmy przez China Town do hostelu. Zaszliśmy do knajpy polecanej przez tripadvisor. Zjedlismy Pad thai z krewatkami i kluskami, do tego kokosowy sok z lodem (Snejk) i zapłaciliśmy z napiwkiem ok 28 zł ;-))) prysznic i drzemka, pózniej kolacja  w knajpce obok, za 5 dań piwko i herbate wyszło z napiwkiem 30 zł! (smażony brązowy ryż z warzywami i ananasem - pycha! zjadłam zanim donieśli pozostałe dania i robiliśmy zdjęcie ;) Dla nas jest tanio, a co dopiero dla takich angoli?! Jutro wybieramy sie oglądać pływające targi (są rano) więc zbieramy się już spać!

Z rzeczy, o których nie wspomniałam wcześniej:
- do pokoju wchodzimy boso, buty zostawia sie przed wejściem- taka kultura i jaka wygoda i komfort ( bo ich nie czuć)
- płacimy 360 zł za tych 6 noclegów, a są ręczniki i sprzątano nam juz pokój;
- segregują śmieci, co dla mnie jest ważne ale i dziwne bo ulice i woda w kanałach bywają naprawdę brudne - wiele ulic to totalny syf
- koty nie reagują na "kici kici" whhaaattttt???????
- wielu mnichów, którzy rownież zwiedzają świątynie mieli iPhone i inne smartfony ;P 
- każdego wieczoru z khao san słychać tą samą playliste. 
- coś miałam jeszcze dopisać ale zapomniałam co ;D