W sumie nie wiem jak liczyć te dni bo jestemy 6 czy 7h do przodu ;-) plany wczesnej pobudki zakończyły sie wyjściem z hostelu o 10.30. Pierwszy na liście zwiedzania był x, korzystamy z netu więc poruszanie się uliczkami nie jest trudne. Gorzej jest z nachalnymi tubylcami.. Co ciekawe jednym z najbardziej popularnych oszustw (popełnianych na turystach ;-) jest informowanie ze atrakcja do której zmierzasz jest dzisiaj/ lub np do 14.00 zamknięta i możesz zwiedzić cos innego i oni Cie tam zawiozą tuk tukiem za określoną kwotę ;-) gdybyśmy tego nie sprawdzili chwile po tym jak próbowano nas tak naciągnąć to pewnie zrobilibysmy więcej niz 23 km ( taki mamy wynik z dzisiaj ;-) przy pałacu królewskim słuchać z megafonow komunikaty ze kompleks jest czynny i zeby nie dać sie oszukać itp po pałacu poszliśmy do świątyni wat pho ( nie bede opisywać dokładnie co to jest bo musiałbym przepisać przewodnik ( moze pózniej na spokojnie bede uzupełniać wpisy ;) oczywiście rano nie mogliśmy zdecydować się czy i gdzie cos zjeść ( w naszym przypadku to standard) i zwiedzanie zaczęliśmy z pustym żołądkiem ;P przekąski w postaci owoców są sprzedawane co chwila i tym można się trochę pokrzepić, ewentualnie łykiem ulubionej substancji ;-D .. Posiłek ( ja green curry a Słodziak tom yung costam) zjedlismy w drodze na prom .. Snejk zaliczył tez przekąski straganowe ;P i tu pewna dygresja - pokazałam Snejkowi bardzo ładna dziewczynę (Tajkę lub Filipinkę) która była w towarzystwie Europejczyka i co usłyszałam? Ona? Moze i ładna ale ma ze 30 lat" ?!?!?!?! Foch!!! Kara będzie okrutna!! ... Zatem, na czym skończyłam... Promem z portu przedostaliśmy się na druga stronę do świątyni wat arun. prom kosztuje 50 gr i płynie sie chyba minutę ;-) następnym punktem było muzeum syjamu - w nowoczesny sposób przedstawiona historia regionu itp chociaż na Snejku większe wrazenie zrobiły toalety w klasie europejskiej z których nie omieszkał skorzystać ;P przejażdżka tuk tukiem nie jest dla nas czymś niezwykłym ( na Sri Lance jeździliśmy sporo) ale w połączeniu z ruchem miasta mozna uznać ze było warto zapłacić te 8 zł zeby przemieścić sie do China Town ;-) tłok, ścisk, gwar i zapach sosu rybnego tyle moich wrażeń z tego miejsca ... Kolacja w postaci owoców morza i dla mnie ryż smażony ;P tu zapłaciliśmy 130 zł z piwem za 5 czy 6 dań .. Prawdopodobnie mogliśmy dać sie naciągnąć trochę bo ceny w menu są w przedziałach ( zalezy od wagi potencjalnych ofiar wok'ów i grillow) i w sumie ciężko w całym tym zamieszaniu (gdy za plecami jeżdżą samochody) dyskutować ;-) pieszo wrocismy do hostelu - Snejk zasnął po 2 min - licząc od kontaktu głowy z poduszą ;-) ja nadrobiłam newsy z gazeta.pl ale w końcu tez sie zdrzemnęlam i tego efekt taki ze jest 3:30 i pisze tego posta ;-) i wygrywam 191 zdjeć z tych 3 dni... ( nie mam juz chęci chronologicznie porządkować zdj więc sorry za nieład ;-) Wyobraźnia przestrzenna Slodziaka pozostawia wiele do życzenia (mam wrażnie ze mogłabym stworzyć fotoprzewodnik " chodniki świata" więc tradycyjnie więcej zdjeć z nim niż ze mną ;-) pozniej wyszliśmy jeszcze tylko po piwko i wodę na jutro do sklepu 7eleven (tych sklepów jest mnóstwo) na ulice Khao San - cała ta ulica to jedna wielka impreza i bazar ;-)























o widze mają też robaki w czekoladzie :d Malaga Tiki Taki i robaki :D / Sancia
OdpowiedzUsuń